Wywiad Ambasadora dla "Sukcesu" (lipiec 2013)

„Vive la Pologne, Monsieur”, wywiad Ambasadora Francji w Polsce dla czasopisma „Sukces” (lipiec 2013).

W 2003 roku Jacques Chirac strofował Polskę mówiąc, że przegapiła dobrą okazję, aby się zamknąć, gdy poparła amerykańską interwencję w Iraku. 10 lat później François Hollande przyjmuje z największymi honorami w Paryżu Bronisława Komorowskiego. Skąd tak ogromna ewolucja w podejściu Francji do Polski?

P.B.: Z Chirakiem było trochę inaczej. Odnalazłem transkrypcję tamtej konferencji prasowej. Prezydent nie wymienił w niej ani razu Polski, mówił o wszystkich nowych krajach członkowskich. To była taka dosyć nerwowa, spontaniczna reakcja. Ale wiem, że w Polsce została bardzo źle przyjęta. Zapamiętałem natomiast pewne słowa Bronisława Komorowskiego. Prezydent mówił o tym, że choć lata 90. były bardzo owocne stosunkach polsko-francuskich, to poźniej się od siebie oddaliliśmy. Podkreślał, że i my z tego powodu straciliśmy, i wy. To dobra diagnoza. Tymczasem pojednanie polsko-niemieckie, do jakiego doszło w tym czasie, okazało się czymś spektakularnym.

Francję zaskoczyło, że Niemcy mogą być alternatywnym sojusznikiem dla Polski w Europie?

P.B.: Trudno mówić o zaskoczeniu, bo przecież uczestniczyliśmy w powołaniu Trójkąta Weimarskiego przez Skubiszewskiego, Dumasa i Genschera. Ale faktem jest, że przez te dwadzieścia lat krajobraz polityczny całkowicie się zmienił. Skubiszewski okazał się bardzo przewidujący, bo doprowadził do zawarcia traktatu z Niemcami, dzięki któremu współpraca po obu stronach Odry jest dziś oparta na solidnych fundamentach. Niemieckie fundacje, niemiecka dyplomacja okazały się bardzo skuteczne dla przezwyciężenia dawnych obaw w Polsce. My byliśmy w tym czasie bardziej wycofani. Podzieliły nas także problemy międzynarodowe: Polska postawiła na bardzo bliski sojusz ze Stanami Zjednoczonymi, poparła interwencję w Iraku. My byliśmy tej interwencji przeciwni. Historycy teraz oceniają, kto miał rację.

Jednak dziś Polska szuka alternatywnego sojusznika, bo Barack Obama zapowiedział wycofanie się Stanów Zjednoczonych z Europy. To chyba pomoże w ponownym zbliżeniu obu naszych krajów?

P.B.: Polska przede wszystkim zrozumiała, że leży w Europie. I że tu musi szukać krajów, które pomogą jej zapewnić bezpieczeństwo. W podręcznikach do historii kluczowa będzie chyba data 17 września 2009 roku, kiedy Obama ogłosił radykalne ograniczenie projektu tarczy antyrakietowej. A przecież wcześniej Polska opierała swoje bezpieczeństwo właśnie na tym projekcie, na założeniu, że stanie się częścią kluczowego systemu obrony USA, a amerykańscy żołnierze będą stacjonowali na stałe na polskim terytorium. Od tego momentu następuje bardzo wyraźny zwrot polskiej polityki bezpieczeństwa – ku integracji z Europą.

Zapatrzenie w Amerykę to jednak niejedyny powód chłodu w stosunkach między Warszawą i Paryżem. Francja przez wiele lat nie mogła się pogodzić z poszerzeniem Unii Europejskiej na Wschód.

P.B.: Nasze rozumowanie było takie: poszerzenie Unii nie powinno nastąpić zanim nie dojdzie do jej pogłębienia. A stało się inaczej. Mimo przyjęcia 10 nowych państw Wspólnota działała w gruncie rzeczy na tych samych zasadach co przed poszerzeniem.

Kto w Paryżu dał pierwszy sygnał, aby zmienić stosunki z Polską?

P.B.: W maju 2008 roku prezydent Sarkozy był przyjmowany ciepło w Polsce, wygłosił przemówienie przed Zgromadzeniem Narodowym. Jako syn węgierskiego emigranta dobrze rozumiał Europę Środkową. Ale wtedy między nim a Lechem Kaczyńskim jakoś nie zaiskrzyło. A potem wybuchł kryzys, który odwrócił uwagę Sarkozy’ego od Polski. Ta szansa na ponowne zbliżenie została więc zmarnowana. Sygnałem zmiany w naszych stosunkach okazała się inicjatywa prezydenta Komorowskiego, który po objęciu urzędu wybrał się w pierwszą oficjalną podróż do Paryża. Przyjął też François Hollande’a, jeszcze kiedy był on kandydatem w wyborach prezydenckich. A kiedy Hollande wprowadził się do Pałacu Elizejskiego, uznał, że Francja popełniła błąd, kiedy postawiła głównie na stosunki z Niemcami. I postanowił odbudować dobre relacje ze wszystkimi dużymi krajami Unii, w tym z Polską.

Czy ta zmiana nie wynika przypadkiem z tego, że Niemcy stały się potęgą gospodarczą, a Francja słabnie i nie czuje się już komfortowo sam na sam z germańskim kolosem?

P.B.: Hollande uważa, że dotychczasowy układ, w którym Niemcy i Francja ustalają wspólne stanowisko i przedstawiają je jedynie do zaakceptowania przez resztę Unii, nie zdało egzaminu. Integracja poszła zbyt daleko, obejmuje zbyt wiele krajów, aby mogła opierać się tylko na porozumieniu dwóch stolic.

To pan przekonał prezydenta Hollande’a, że warto postawić na Polskę? Może przeczytał pańską książkę, monografię historii Polski lat 1939-1995?

P.B.: Nie sądzę, nie ma na to czasu. Ale o Polsce rozmawiamy.

Podejrzewam, że o zbliżeniu z Polską zdecydowała nie tylko wielka polityka, lecz także kryzys, który uderzył we Francję i nieco podciął arogancję, z jaką Francuzi często odnoszą się do innych. Czy pańscy rodacy nadal uważają, że nie ma lepszego miejsca do życia niż Francja?

P.B.: Sondaże, jak ten opublikowany przez Instytutu Pew w Waszyngtonie, są jednoznaczne: Francuzi są coraz bardziej sceptyczni wobec Europy. Na to jest jedno wytłumaczenie: wysokie bezrobocie. Co chwila słyszymy o zamykaniu kolejnych przedsiębiorstw, wszyscy się boją, że stracą pracę. A kiedy to już się stanie, zaczyna się koszmar, bo znalezienie nowej pracy jest trudne. Francuzi zawsze mieli tendencję do widzenia rzeczywistości w ciemnych barwach. Jednocześnie reportaże z Polski, jak ten wyemitowany jakiś czas temu przez publiczną telewizję France 2 pod tytułem „Rewanż polskiego hydraulika”, pokazują Polskę jako kraj pełen energii, który dobrze się rozwija. To powoduje, że Francuzi zaczynają inaczej patrzeć na Polskę, z podziwem, a może nawet z lekką nutą zazdrości.

I są gotowi tu podjąć pracę?

P.B.: Zdecydowanie tak. W Polsce mieszka około siedem tysięcy Francuzów. Część została tu wysłana przez francuskie koncerny. Ale inni zakładają w Polsce od zera własne firmy – a to dystrybucja skuterów, a to sieć restauracji, a to usługi informatyczne. Właśnie się spotkałem w Katowicach z taką grupą francuskich przedsiębiorców. Polska jest dla nich atrakcyjna, bo warunki do prowadzenia biznesu są korzystne, a choć zarabia się mniej, to przecież i koszty życia znacząco odbiegają od tych we Francji.

Mówimy o poważnych inwestycjach?

P.B.: Jesteśmy najważniejszym, po Niemczech, inwestorem w Polsce. Statystyki NBP co prawda pokazują, że wyprzedza nas Holandia, jednak po części wynika to z tego, że niektóre francuskie firmy są zarejestrowane właśnie w Holandii. Wielkie koncerny z Francji weszły na rynek polski jako pierwsze, już na początku lat 90. To Michelin, Lafarge, Vinci, Bouygues, France Telecom, Dalkia, wielkie banki i towarzystwa ubezpieczeniowe. EDF jest dziś trzecim największym producentem energii w Polsce, zaspokaja 10 proc. zapotrzebowania. Są też wszystkie nasze wielkie sieci dystrybucji jak Carrefour czy Auchan.

Niemieckie inwestycje mają jednak przeważnie inny charakter: chodzi o przeniesienie części produkcji do Polski, co przyczyniło się do zachowania niezwykłej konkurencyjności niemieckiego przemysłu. Dlaczego Francja nie poszła tą drogą?

P.B.: Niemcy rzeczywiście odkryli za Odrą skarb: kraj z tanią, a jednocześnie wykwalifikowaną siłą roboczą. To właśnie tłumaczy dlaczego aż jedną czwartą polskiego handlu zagranicznego stanowi wymiana z Republiką Federalną. Dla Francji taki model jest o wiele mniej oczywisty, chociażby ze względu na odległość. Owszem, niektóre wielkie koncerny jak L’Oreal rozwinęły produkcję w Polsce i stąd eksportują do całej Europy. Ale wiele innych firm uważa polski rynek za trudny i nie angażuje się tu.
Tymczasem polscy przedsiębiorcy coraz skuteczniej podbijają rynek francuski: Polska ma już w wymianie z naszym krajem miliard euro nadwyżki! Co jeszcze bardziej zaskakujące – Polska eksportuje do Francji więcej produktów rolno-spożywczych, niż z niej sprowadza. Eksportowane nad Sekwanę są głównie mięso, owoce i warzywa przetworzone. A przecież żywność, to nasza specjalność.

Czy nowe otwarcie w stosunkach politycznych między Polską i Francją może nadać impuls także współpracy gospodarczej?

P.B.: Polskie władze w najbliższym czasie rozstrzygną strategiczne przetargi w dwóch obszarach: obronności i energetyki jądrowej.
Polska chce zbudować nowoczesny system obrony rakietowej, zmodernizować marynarkę wojenną i zakupić flotę helikopterów taktycznych. We wszystkich trzech projektach startują francuskie lub europejskie koncerny. Jeśli zaś mowa o obronie rakietowej, francusko-niemiecko-brytyjsko-hiszpańskie konsorcjum MBDA nie tylko oferuje najnowocześniejsze rozwiązania, ale także chce, w przeciwieństwie do Amerykanów i Izraelczyków, bardzo mocno włączyć w produkcję polski Bumar. Podobnie jest z francusko-niemieckim konsorcjum Eurocopter, który - jeśli uda mu się wygrać przetarg - będzie montował helikoptery w zakładach WZL-1 w Łodzi. Zamierzamy także budować łodzie podwodne na polskim wybrzeżu, oczywiście o ile polski rząd wybierze naszą ofertę. Decyzja polskich władz ma jednak także wymiar polityczny. Pod koniec roku przywódcy Unii na specjalnym szczycie w Brukseli zdecydują o tym, jak budować europejską politykę obronną.

A jesli mowa o energetyce jądrowej?

P.B.: Tu też mamy mocne atuty. Jesteśmy tym krajem świata, który zainwestował najwięcej w elektrownie atomowe: 59 reaktorów dostarcza trzy czwarte energii elektrycznej Francji. Koncern EDF Areva oferuje Polsce reaktory, które w tej chwili budujemy także w Finlandii, Chinach. W Polsce mogłyby one zapewnić 15 procent potrzeb energetycznych. Jednocześnie EDF mógłby zostać operatorem elektrowni jądrowej w Polsce, tak jak zarządza takimi siłowniami w Wielkiej Brytanii.

Panie ambasadorze, jak się Panu żyje w Polsce?

P.B.: W Warszawie mieszkam od prawie roku, znam język polski, czuję się zintegrowany. Korków jest tu mniej niż w Paryżu. Ceny szczególnie nieruchomości, nieporównanie niższe. Trochę brakuje mi natomiast paryskiego życia kulturalnego. No i ten klimat ...

opublikowano 23/08/2013

Haut de page