Trzeba działać na rzecz bezpieczeństwa wspólnego i własnego

Spośród wszystkich krajów europejskich, Francja najbardziej angażuje się militarnie poza swoimi granicami. Dlaczego tak się dzieje ? - pisze dla "Wyborczej" Pierre Buhler, ambasador Francji w Polsce.

Obecnie ponad 20 tys. francuskich żołnierzy działa poza krajem: spośród nich, 7,5 tys. bierze udział w 26 misjach zagranicznych na czterech kontynentach i na wszystkich oceanach, często w ramach szerszych koalicji. Pozostałych 12,5 tys. przygotowuje i wspiera te misje, stacjonując w bazach rozmieszczonych w różnych miejscach globu - czy to we francuskich terytoriach zamorskich, czy na obszarze innych państw na podstawie dwustronnych umów. A spośród 195 tys. żołnierzy stacjonujących na terenie Francji metropolitalnej, większość jest w stanie gotowości do ewentualnego udziału w tej czy innej operacji zagranicznej.

W ostatnich latach sztandarowe operacje miały miejsce w Libii, Mali, Republice Środkowoafrykańskiej, a obecnie - w formie wsparcia lotniczego - w Iraku. Wymienić też można wiele innych, mniej znanych misji, jak międzynarodowa "Atalanta" przeciwko piractwu na Oceanie Indyjskim, czy krajowa operacja "Harpia", zwalczająca przemyt złota w Gujanie Francuskiej.

Dlaczego tak się angażujemy poza granicami?

Można by zapytać: co takiego robi Francja w rejonach świata oddalonych nieraz o wiele tysięcy kilometrów? Jaki jest związek tych operacji z bezpieczeństwem i interesami kraju?

Odpowiedzi nie narzucają się same, dlatego chciałbym przedstawić powody tych działań. Zbyt często polityka Francji jest nie rozumiana, przedstawiana w uproszczony sposób, a czasem jest przedmiotem uszczypliwych komentarzy.

Dlaczego więc Francja tak się angażuje poza granicami? Dlatego, że tak pojmujemy naszą odpowiedzialność za losy świata i obywateli Francji: jest to wyraz odpowiedzialności za ich bezpieczeństwo jak i za bezpieczeństwo Unii Europejskiej oraz naszych europejskich współobywateli oraz za całą wspólnotę międzynarodową.

Jesteśmy świadomi tego, że świat jest nadal pełen niebezpieczeństw, że poważne zagrożenia mogą się pojawić bez uprzedzenia.

Nasze dzieje przypominają, że winniśmy przede wszystkim liczyć na nasze własne siły, nie przeceniać ich, ale też nie wzbraniać się przed ich użyciem, gdy okoliczności tego wymagają. Wreszcie wiemy, że ciężar gatunkowy dzisiejszych zagrożeń nie maleje wraz ze wzrostem odległości od naszych granic.

Nie wolno chować głowy w piasek

Działania Francji są konsekwencją imperatywu "utrzymania międzynarodowego pokoju i bezpieczeństwa", jaki wynika z przyjęcia Karty Narodów Zjednoczonych wraz z innymi sygnatariuszami. Obowiązek ten spoczywa na nas tym bardziej, że Francja jest w ścisłym gronie stałych członków Rady Bezpieczeństwa ONZ.

Nie chodzi w żadnym razie o chęć odgrywania roli potęgi wymierzającej sprawiedliwość. Nie ulegamy również pokusie "estetyki wojny", o której wspomina amerykański politolog Andrew Bacevich. Z drugiej jednak strony nie możemy pozwolić sobie na podejście do spraw bezpieczeństwa uwzględniając jedynie nasze własne podwórko. Strategiczne odrętwienie, indolencja, samozadowolenie, a w jeszcze mniejszym stopniu chowanie głowy w piasek nie są dla Francji żadnym rozwiązaniem. Lekceważenie tzw. "martwego pola" może narazić nas na bolesne niespodzianki, czego tragicznym przykładem są zamachy z 11 września 2001 r. Także 2014 r. to aneksja Krymu przez Rosję czy nagłe pojawienie się w Syrii i Iraku organizacji terrorystycznej zdolnej do zdobycia i opanowania rozległych terytoriów.

Mając świadomość tego rodzaju nieprzewidzianych zagrożeń, Francja postanowiła w styczniu 2013 r. udzielić wsparcia władzom Mali: celem było zapobieżenie rozpadowi tego państwa pod naporem potężnie uzbrojonych grup terrorystycznych i powstaniu groźnego bastionu Al-Kaidy w regionie Sahelu. Dzięki tej interwencji, podjętej w trybie pilnym w ciągu 24 godzin, a także dzięki późniejszym działaniom Unii Europejskiej - w tym Polski - sytuacja obecnie się normalizuje.

Liczy się prawomocność i skuteczność

Każda operacja zagraniczna, która wiąże się z użyciem siły, musi przede wszystkim spełniać kryterium prawomocności. Szanując zobowiązania wynikające z prawa międzynarodowego, stosownie do artykułu 2.4 Karty Narodów Zjednoczonych, Francja powstrzymuje się "od groźby użycia siły lub użycia jej ( ) w jakikolwiek sposób niezgodny z celami Organizacji Narodów Zjednoczonych". W związku z tym uznaje, że może podjąć działanie jedynie w oparciu o rezolucję Rady Bezpieczeństwa lub na wniosek suwerennego państwa. Z tego właśnie względu w roku 2003 Francja nie wzięła udziału w wojnie w Iraku.

Oprócz prawomocności w aspekcie międzynarodowym operacja zagraniczna powinna również spełniać wymogi legalności na gruncie krajowym. Ryzyko ofiar śmiertelnych, koszt polityczny i budżetowy sprawiają, że francuskie władze wykonawcze zabiegają o wsparcie parlamentu i opinii publicznej. Choć czas podjęcia decyzji może być bardzo krótki, Prezydent Republiki jako zwierzchnik sił zbrojnych wie, że może polegać na zdecydowanej większości wspólnoty narodowej, przekonanej o konieczności takiego działania. Wszystkie operacje zagraniczne podejmowane w ostatnich dziesięcioleciach cieszyły się pełnym uznaniem narodu, który rozumiał ich sens i celowość.

Drugie kryterium, które przyświeca prowadzeniu naszych misji zagranicznych, jest ich skuteczność. Zależy ona w pierwszym rzędzie od jakości naszych sił zbrojnych. Przy ponad dziesięciokrotnie mniejszym budżecie na obronę niż w Stanach Zjednoczonych, a mianowicie równym 31 mld euro na rok 2014, Francja dysponuje szerokim wachlarzem środków dostosowanych do wszelkiego rodzaju działań. Wspomnę jedynie o odstraszaniu nuklearnym dzięki okrętom podwodnym, które pływają po morzach nieustannie od 42 lat. Ten podstawowy filar naszej obronności jest również finansowany z tego budżetu.

Kolejne rządy starały się, by nasze siły zbrojne wyposażane były w uzbrojenie dostosowane do każdych okoliczności, nie wyłączając najbardziej krytycznych. Dbały więc o to, by Francja zachowała pełną kontrolę nad tymi środkami. Chodziło o to, by możliwość użycia uzbrojenia nie była uzależniona od niedostępnych kodów źródłowych i "czarnych skrzynek", byśmy ze względu na ograniczenie w postaci tzw. double key nie byli zmuszeni nawet wtedy, gdy czas nagli, występować o zgodę innego kraju, która jest zawsze niepewna. Zapewne postawienie na taką samodzielność miało dla Francji swój dodatkowy koszt, ale taka jest cena swobody działania, naszej niezależności i autonomii.

Uwaga ta odnosi się do całego wachlarza środków, jakimi dysponują siły zbrojne. Nasze krajowe systemy obserwacji satelitarnej i wywiadowcze dają nam możliwość skutecznej współpracy z partnerami, przy zachowaniu pełnej autonomii w ocenie sytuacji, dzięki czemu unikamy jakiegokolwiek uzależnienia na tym kluczowym etapie przygotowującym podjęcie decyzji, siłą rzeczy brzemiennych w skutki. Począwszy od części zamiennych po pociski manewrujące, nasze uzbrojenie, bazy wojskowe i środki łączności powinny również spełniać ten wymóg całkowitej swobody operacyjnej.

Bezcenne doświadczenia

Takie podejście umożliwia nam stawianie czoła różnorodnym sytuacjom tak pod względem geograficznym, gdy chodzi o teatr działań, jak funkcjonalnym w zakresie zagrożeń, czy politycznym, w zależności od zamierzonego celu. W kontekście ograniczonego budżetu, radzenie sobie w tak różnych dziedzinach wymaga wielorakich zdolności operacyjnych, które mogą obejmować wszelkiego typu działania.

Takiego wyboru dokonała Francja. Dysponuje obecnie nowoczesnymi technologiami w przypadku rozwiązań siłowych, a także bardziej standardowymi do zarządzania sytuacjami kryzysowymi, choć przyznać należy, że występują również pewne braki, które musimy uzupełniać. Nasze niedawne operacje w Afganistanie, Libii, Mali, Republice Środkowoafrykańskiej oraz obecnie w Iraku wykazały, że wybraliśmy właściwą drogę.

Dzięki temu francuskie wojsko dysponuje doświadczeniem operacyjnym, które nie ma sobie równych w Unii Europejskiej, a w skali świata stawia z pewnością Francję w pierwszym szeregu. Zdolność do wkroczenia w krótkim czasie jako pierwsze wojsko zagraniczne na dany teatr operacyjny, a następnie podjęcie długotrwałych działań militarnych w sposób autonomiczny a zarazem skuteczny, nie jest jedynie koncepcją, ale rzeczywistą zdolnością. Prowadzenie takich operacji pozwala ponadto utrzymywać specjalistyczną wiedzę fachową i umiejętności jej wykorzystania na najwyższym poziomie - jak to ma miejsce np. w przypadku sił specjalnych - czego same ćwiczenia zapewnić nie mogą.

Co do samego uzbrojenia i wyposażenia, ich przydatność na co dzień jak i w boju są stale poddawane próbie w warunkach rzeczywistych. Skutkiem tego jest fakt, że potencjał, jaki reprezentują nasze siły zbrojne, wzbudza uznanie zarówno ekspertów wojskowych, jak i naszych sojuszników, a w pierwszym rzędzie Stanów Zjednoczonych. Działania operacyjne, które podejmujemy wspólnie z USA, umożliwiły uzyskanie wysokiej jakości relacji dwustronnych, które oparte są zarówno na współdziałaniu w boju, jak i w ramach współpracy strategicznej i dążeniu do osiągania wspólnych celów.

Wojsko nie zastąpi działań politycznych

Wszystkie zagrożenia, na które winniśmy reagować, nie zawsze uzasadniają użycie sił zbrojnych. Wojsko może uwiarygodniać działania polityczne i dyplomatyczne, ale nie może ich zastępować. Poza tym cechą większości współczesnych konfliktów jest ich złożoność. Mają one często miejsce wewnątrz konkretnego państwa, wskutek działania sił sprawczych, których rzeczywistą istotę, motywy i zamierzenia trudno jest określić. Nierzadko się zdarza, że linie podziału - polityczne, etniczne, religijne - są wykorzystywane instrumentalnie z zewnątrz.

W stosownym momencie należy zastosować działania polityczne. Mogą polegać na wkroczeniu sił ONZ, które rozdzielają strony konfliktu czy stabilizują kruchy pokój; mogą to być również siły regionalnych organizacji zapewniających bezpieczeństwo, np. w Afryce w postaci misji MINUSMA wsparcie pokoju w Mali pod egidą ONZ, czy analogicznej misji MINUSCA w Republice Środkowoafrykańskiej. Ta działalność może również polegać na pomocy w odbudowie struktur państwowych tam, gdzie wcześniej państwo zawiodło, na tworzeniu sił zapewniających bezpieczeństwo czy armii, na działaniach mediacyjnych, na odcięciu od nielegalnych źródeł finansowania konfliktu, itd.

Ale nawet przystąpienie do działań w wymiarze politycznym nie zawsze umożliwia planowe wycofanie naszych sił zbrojnych. O ile niektóre operacje trwają zaledwie kilka dni, jak w przypadku ewakuacji obywateli francuskich z regionu objętego konfliktem, to w innych przypadkach trwają wiele miesięcy, jak to było w Libii w 2011 r., a jeszcze inne trwają znacznie dłużej.

Wojska francuskie są w Libanie od 1978 roku, a w Czadzie od 1986. Interwencja w odległym zakątku świata stanowi oczywiście znaczące obciążenie w wymiarze ludzkim, politycznym czy finansowym. Operacje trwające wiele lat powodują zwielokrotnienie kosztów, co jest wyraźnie odczuwalne w okresie ograniczeń budżetowych.

Należy też wspomnieć o tym, że Francja, w pełni angażując się w strukturach wojskowych NATO, wypełnia swoje zobowiązania, co również uszczupla jej zasoby. Choć udział w ćwiczeniach sojuszniczych - jak Steadfast Jazz w ubiegłym roku czy natowskie działania reasekuracyjne w kontekście kryzysu ukraińskiego (francuskie myśliwce w Malborku czy loty naszych samolotów typu AWACS) - czerpie z zasobów już pomniejszonych z powodu rozmiarów naszego zaangażowania za granicą.

Dzielić koszty sprawiedliwie

Brzemię, jakim są operacje zagraniczne, staje się w obecnym kontekście ograniczeń budżetowych coraz cięższe. Korzyści w postaci dobra publicznego płynące z tak zapewnianego bezpieczeństwa, w tym korzyści dla krajów Unii Europejskiej, uzasadniają bardziej sprawiedliwe rozłożenie tych kosztów pomiędzy beneficjentów tych działań, a więc wszystkich krajów członkowskich Unii.

Po wprowadzeniu operacji zagranicznych własnymi siłami, w trybie pilnym, Francja szuka sposobu na zmianę warty. Zwraca się wtedy do struktur unijnych o uruchomienie misji w ramach Wspólnej Polityki Bezpieczeństwa i Obrony. Choć zyskuje poparcie polityczne, trudniej bywa ze wsparciem materialnym: zapowiadany przez naszych partnerów udział okazuje się często niewystarczający, Francja musi dopłacać z własnych środków, by nie zaprzepaścić kruchego procesu wychodzenia z sytuacji kryzysowej.

Poza tym koszty ponoszone z tego tytułu przez Francję w przeważającej mierze nie kwalifikują się do finansowania z budżetu Wspólnej Polityki Bezpieczeństwa i Obrony. Na chwilę obecną w ramach tzw. mechanizmu Athena mogą być współfinansowane jedynie niektóre koszty operacji misji unijnej, odpowiadające zaledwie 15 proc. kosztów całkowitych. By temu zaradzić prezydent François Hollande w grudniu 2013 r. uzyskał zgodę Rady Europejskiej na zreformowanie tego mechanizmu. Oczekujemy, że będzie to okazja dla pełnego uznania przez naszych europejskich partnerów faktu, iż bezpieczeństwo Europy jest naszą wspólną sprawą.

Śródtytuły pochodzą od redakcji

Tekst pochodzi z serwisu Wyborcza.pl - http://wyborcza.pl/0,0.html
© Agora SA
Data publikacji: 29/10/2014

opublikowano 29/10/2014

Haut de page